Cześć,
Od dawna mam problem z tym, jak dziś wygląda feminizm. Ta wyrwa we mnie pogłębia się od czasu Strajku Kobiet, choć pierwsze pęknięcia pojawiły się już wcześniej. Strajk był dla mnie przełomem i czułam niesamowitą energię, widziałam kobiety zjednoczone w walce o swoje prawa. Byłam dumna, przekonana, że nadchodzi czas, gdy feminizm przestanie być powodem do żartów, a stanie się źródłem dumy. Czułam legendarny #girlpower i cieszyłam się, że przez lata inwestowałam swoją energię w coś ważnego.
Jednak już wcześniej widziałam, że nie wszystko jest takie różowe. Feministyczna Międzyzmiastówka we Wrocławiu była dla mnie szokiem, bo okazało się, że nawet wśród aktywistek, które teoretycznie mają wspólny cel, współpraca bywa trudna. „Prawdziwe” anarchistki nie chciały współdziałać z „babami w garsonkach” z Kongresu Kobiet. Dziś też mam krytyczne uwagi wobec Kongresu, ale wtedy widziałam w tym ruchu wiele dobrego. Te konflikty były dla mnie pierwszym sygnałem, że z siostrzeństwem bywa różnie.
Po 2019 roku zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu instagramowe konta, które „objaśniały” feminizm. Często robiły to powierzchownie, po przeczytaniu jednej książki czy notatki. To mnie irytowało, bo wiedziałam, ile lat pracy i refleksji wymaga zrozumienie tych tematów. Z czasem było tylko gorzej i w sieci pojawiły się ataki na kobiety, które miały inne zdanie, np. nie zgadzały się na określenie „osoba z macicą” albo chciały rozmawiać o aborcji z perspektywy katoliczek. Takie głosy były wykluczane. Zamiast otwartości i różnorodności, pojawiła się presja na jednolitość poglądów. To przypominało mi stare, dobrze znane mechanizmy wykluczania kobiet, tylko w nowym wydaniu.
Zmęczona tym wszystkim, zniknęłam z internetu. Nie chciałam kolejnych dram, screenów i publicznego rozliczania z każdego słowa. Miałam dość sprawdzania, czy jestem wystarczająco tolerancyjna i inkluzywna.
Na #MeToo patrzyłam z nadzieją, ale i dystansem. Kibicowałam kobietom, które odważyły się mówić, bo ruch pokazał skalę molestowania, ale jednocześnie wywołał falę szowinizmu w odpowiedzi. Śledziłam też sprawę opisaną w Codzienniku Feministycznym o „papierowych feministach”. Gdy jednak sprawa trafiła do sądu i Jakub Dymek wygrał proces o naruszenie jego dóbr osobistych, zapadła cisza. Zamiast refleksji pojawił się tylko komentarz, że z wygranej „cieszą się transfobki”. To pokazuje, jak łatwo w środowisku feministycznym rzuca się oskarżeniami, które zostają na długo, nawet jeśli są nieprawdziwe.
Widziałam, jak ten mechanizm działa: najpierw pojawia się krytyka, potem fala hejtu, aż w końcu cokolwiek powiesz, zostanie obrócone przeciwko Tobie. Dlatego zawsze wspierałam osoby, które były atakowane, bo wiedziałam, jak łatwo można stać się celem. Z czasem uznałam, że lepiej iść przez życie samodzielnie, bo siostrzeństwo w praktyce często przegrywa z potrzebą publicznego linczu. Tłum, który myśli o sobie, że jest empatyczny, w rzeczywistości bywa żądny krwi. To odbiera zdolność do spokojnej oceny faktów i wymaga ogromnej dojrzałości, by się temu nie poddać.
Obecnie obserwuję, jak te podziały i konflikty są wykorzystywane przez przeciwników feminizmu. Oglądam serię „Perseusz” Gonciarza i widzę, jak łatwo wrzuca się do jednego worka kobiety, które całe życie walczyły z przemocą, z tymi, które w obronie swojej reputacji atakują innych. Efektem jest rosnąca popularność manosfery, tym razem w bardziej intelektualnej odsłonie. Mężczyźni czują się skrzywdzeni i mają swoich rzeczników. Tymczasem przemoc wobec kobiet znika z radaru.
Od stycznia tego roku w Polsce zginęło 35 kobiet, najczęściej z rąk byłych partnerów lub osób, które znały. Te tragedie nie są tematem głośnych filmów na YouTube. Prawdziwe problemy kobiet schodzą na dalszy plan, bo więcej emocji budzą medialne afery i wewnętrzne spory.
Z tego powodu niepokoi mnie, gdy nowe pokolenia feministek są zszokowane, że istnieją miejsca tylko dla kobiet tak, jak noclegownie dla ofiar przemocy. Nie wszystko musi być inkluzywne a miejsca, gdzie kobiety i ich dzieci potrzebują ochrony, tym bardziej.
Czekam na kolejne filmy Gonciarza, jak pół internetu, ale oglądam je z obawą, że cała idea feminizmu dostaje rykoszetem za działania tych osób z feministycznego środowiska, które lubią być na świeczniku. Tymczasem prawdziwa praca taka, którą wykonują Fundacja Feminoteka czy Centrum Praw Kobiet czy Niebieska Linia pozostaje w cieniu. Te feministki raczej nie chadzają na gale i nie prowadzą transmisji ze swojego życia. Nie podoba mi się wrzucanie Mai Staśko czy Anny Marii Żukowskiej, których działalność budzi moje wątpliwości do jednego worka, z wieloma innymi, często nieznanymi aktywistkami.
Na koniec mam jedną gorzką refleksję: póki co #MeToo nie niszczy
mężczyznom życia.
Zobaczymy, jak ta historia będzie się rozwijać, ale niestety przez własne, często pochopne działania to feminizm staje się przysłowiowym „chłopcem do bicia”.
Czekam na Wasze refleksje w tym temacie.